Blog mojej żony - zapraszam!!!

Nowości Strona główna KrakRower O mnie Plany Galeria Kontakt
Wyprawy rowerowe
   2006 r.
   2005 r.
   2002 r.
   2001 r.
   sierpień 2000 r.
   lipiec 2000 r.
   1999 r.
   1996 r.
   1995 r.
   1993 r.
   1992 r.
Podróże
   Indie 2015
Inne
   O podrożach
   Rower a GPS
   Licznik CM 414 M
   Ciekawostki
   O rumakach
   kumpli...
   ... i o moim
   Stare rowery
   Ankieta
   Książka gości
   LINKI
 
In Polish In English

Rower też morze może

Statystyka oraz ogólna mapa wycieczki.

Słowo wstępne

     Trasę od Szczecina do Braniewa planowałem pokonać od dłuższego czasu. Pomysł spodobał się również mojej żonie - Eli. Niestety, niesprzyjające warunki pogodowe zmusiły nas do przerwania wycieczki. Tydzień przed wyjazdem zorganizowałem pierwszy nocleg w Szczecinie u pasjonata wycieczek rowerowych Roberta "Romala" Malchera.

Relacja z wyjazdu (Tu wersja bez zdjęć):

Dzień pierwszy (30 VII, niedziela) Kraków-Szczecin (PKP)

     Był 30 lipca A.D.2006 kiedy o godzinie 7, spakowaliśmy rzeczy do sakw i około godz. 10 wyjechaliśmy na dworzec. Po 20 min. jazdy dotarliśmy na dworzec kolejowy Kraków-Płaszów, gdzie spotkaliśmy Deserka, który czekał na powrót syna z kolonii. Syn szczęśliwie dojechał do domu, a my musieliśmy jeszcze chwilkę poczekać na nasz pociąg. Po pokonaniu ponad 600 km w czasie 10 godzin dotarliśmy do Szczecina. Romal zgodnie z umową czekał na nas na dworcu. Po pokonaniu ok. 10 km lekko dziurawymi ulicami Szczecina dotarliśmy na działkę. Tu czekał na nas przytulny domek rodziców Romka. Przed snem, wiem, że to nie zdrowo, zjedliśmy kanapki, które wspólnie przygotowaliśmy. A tak na prawdę kolacja to zasługa Romala, który kupił wcześniej chleb, kiełbasę oraz zerwał w szklarence pomidory. My tylko pokroiliśmy pomidory ;-)

Dzień drugi (31 VII, poniedziałek), ok. 109 km  Plik z zapisem trasy dla odbiornika GPS  Profil trasy Dodatkowa statystyka - czas jazdy a czas odpoczynków
Szczecin-Goleniów-Stepnica-Wolin-Dargobądz

     Budzik zadzwonił o godz. 7 ale jako, że lekko padał deszcz postanowiliśmy poczekać aż przestanie. Jakąś godzinę później (8:30) przestał, więc mogliśmy zasiąść do śniadania. Przed dziesiątą opuszczamy gościnną działkę i domek i zdając się na Romala udaliśmy się na krótkie zwiedzanie miasta. Cudowną drogą przez miejski las, dotarliśmy do centrum pod pomnik Czynu Polaków. Następnie wjechaliśmy rowerami (sic! nie do pomyślenia na krakowskim Wawelu) na dziedzińce zamku książąt pomorskich. Potem przejechaliśmy obok kościoła Świętych Piotra i Pawła, a następnie Wałami Chrobrego wzdłuż gmachu Urzędu Wojewódzkiego zjechaliśmy na nadbrzeże, gdzie cumował najstarszy pływający na świecie lodołamacz "Stettin". Został oddany do eksploatacji 17.11.1933 r.; ma długość 51.75 m, szerokość 13.43 m, wyporność 1138 ton, moc 2000 KM, prędkość maksymalna 13 węzłów, zużycie węgla 0.7-1.3 t/h. Statek przy stałej prędkości 1-2 węzły może łamać lód o grubości 50 cm. Zwiedzać go można było za darmo, więc oczywiście skorzystaliśmy z okazji. Po oglądnięciu statku przejechaliśmy obok Bramy Panieńskiej Siedmiu Płaszczy, Ratusza Staromiejskiego a na koniec dotarliśmy do bazyliki katedralnej św. Jakuba Apostoła.

   
     

Dokładnie w samo południe skończyliśmy oglądać co ciekawsze zabytki naszego "Okna na świat" i ruchliwą drogą nr 3 wyjechaliśmy ze Szczecina. Prowadził Romal, i z tego co widziałem potem na mapie Szczecina, była to najkrótsza i jak mniemam, optymalna trasa mimo, że ruch samochodowy był spory. Po przejechaniu 31 km (20 km zrobiliśmy zwiedzając miasto) wyjechaliśmy w końcu ze Szczecina. Po przejechaniu kolejnych 3 km, w Pucicach, Robert zawrócił gdyż musiał być tego dnia w pracy. Raz jeszcze chcieliśmy podziękować za pomoc, której nam udzielił.
    Po przejechaniu 48 km, jadąc szlakiem rowerowym R66, dotarliśmy do Goleniowa. Zobaczyliśmy spichlerz z 1794r. nad brzegiem Iny, Wieżę Menniczą z Furtą Wodną, tuż obok Basztę Prochową (Więzienną). Obie pochodzą z XIV w. Ciekawie wygląda również późnogotycki kościół farny św.Katarzyny. Na koniec dotarliśmy do bramy Wolińskiej. Zaczęto ją budować w końcu XIII w. Obecnie stanowi siedzibę Goleniowskiego Domu Kultury i Centrum Informacji Turystycznej. W Centrum dostałem trzy foldery reklamowe, plan Goleniowa i mapkę gminy Goleniów. Jeżeli chcecie więcej dowiedzieć się o zabytkach i atrakcjach turystycznych Goleniowa i okolic to zapraszam na stronę internetową www.goleniów.pl.

   
     

Kilka kilometrów przed Stepnicą zatrzymał się przed nami samochód, a kierowca wręczył nam swoją wizytówkę. Jak się okazało, był to polak mający w Niemczech firmę produkującą niecodzienne pojazdy pływające: www.zygy.de. W Stepnicy, tuż nad brzegiem Zalewu Szczecińskiego, zatrzymaliśmy się na obiad, tzn. ja zjadłem rybę z frytkami, a Ela zadowoliła się kawą i częścią mojej surówki. Kilka kilometrów dalej poczuliśmy się jak Don Kichot, bowiem po lewej stronie drogi którą jechaliśmy wyrosło pole wiatraków. Było ich około 20 i jak przypuszczam, każdy z nich miał inne imię (ciekawe czy któryś nazywa się Elżbieta lub Łukasz?). Po przejechaniu 90-ciu kilku kilometrów dotarliśmy do Wolina jako, że tu właśnie planowaliśmy nocleg. Niestety kemping nad Zalewem nie sprawiał wrażenia bezpiecznego. Również poszukiwania hotelu czy też innego miejsca do spania nie przyniosły rezultatu. Chcąc nie chcąc, kupiliśmy tylko produkty na kolację i śniadanie i popedałowaliśmy dalej. Mimo, że w tej miejscowości jest kilka ciekawych zabytków, nie poświęciliśmy im uwagi z racji późnej pory.
     Jedną z ciekawszych funkcji odbiornika GPS jest pokazywanie godziny zachodu i wschodu słońca dla aktualnego położenia geograficznego. Dzięki temu, jeżeli oczywiście pogoda jest dobra, można się zorientować ile jeszcze "dnia" nam zostało nim zapadnie zmrok lub też, o której godzinie należy wstać by uwiecznić na zdjęciu wschód słońca ;-)
     Nocleg znaleźliśmy w gospodarstwie agroturystycznym w Dargobądzu. Wprawdzie w domu nie było już wolnych pokoi ale właściciel pozwolił nam przenocować w rozbitym już namiocie swojej córki. Mieliśmy możliwość skorzystania z łazienki i kuchni. Niestety radość pokonania w tym dniu 109 km została zmącona przez wiadomość, że syn gospodarzy zginął dwa dni wcześniej w wypadku na motocyklu.

Dzień trzeci (1 VIII, wtorek)  Plik z zapisem trasy dla odbiornika GPS  Profil trasy Dodatkowa statystyka - czas jazdy a czas odpoczynków
Dargobądz-Wapnica-Międzyzdroje-Dziwnów-Pobierowo-Rewal

     W tym dniu wstałem kilka minut po godz. 7 i pozwoliłem Eli jeszcze chwilkę pospać. Zrobiłem śniadanie - kanapki z pasztetem i plasterkiem pomidorka. Spakowaliśmy nasze rzeczy do sakw i ze smutkiem stwierdziłem, że w tylnym kole nie mam powietrza w dętce. Jako, że była okazja do szybkiego zlokalizowania dziury (wiadro z wodą), na miejscu dokonałem naprawy. Po 15 min. rowery były zapakowane i gotowe do drogi. Gospodarz nie wziął od nas ani złotówki za nocleg mimo, że skorzystaliśmy z prysznica i z kuchni.
     Wybraliśmy pieszy szlak niebieski w kierunku Wolina. Aby nie nakładać drogi (jechać do Karnocic) tylko kawałek nim jechaliśmy - wybrałem drogę wschód-zachód. Na początku przez kilkadziesiąt metrów droga była bardzo piaszczysta i rowery prowadziliśmy z trudem, natomiast później jazda nie sprawiła nam problemów. Mapa [4] niezbyt dokładnie podaje przebieg niebieskiego szlaku. Po przejechaniu dwóch kilometrów miałem nadzieję znów trafić na niebieski szlak pieszy, który miał biec z południa na północ. Pieszego szlaku nie znaleźliśmy ale za to pojawił się niebieski rowerowy. Po krótkiej konsternacji, którą drogę wybrać zdecydowaliśmy się jechać niebieskim szlakiem rowerowym ku północy. Okazało się, że dobrze zrobiliśmy, bo po kilku kilometrach dojechaliśmy do Wapnicy czyli tam, gdzie chcieliśmy. Nie zatrzymaliśmy się przed Turkusowym Jeziorku (Szmaragdowe Jezioro) za to stanęliśmy przy starym dębie "Prastary" (gatunek: dąb szypułkowy, Quercus robur L.). Ma on wysokość 21 m, obwód 651 cm i liczy sobie ok. 350-450 lat.
     Akumulatorki w moim odbiorniku GPS wytrzymują li-tylko jeden dzień. Ale muszę przy tym nadmienić, że miałem go włączonego od startu do czasu znalezienia noclegu. A zatem pracował bez przerwy od 8 do 10 godzin.

     W Zalesiu (Wicko) zwiedzam poligon, a raczej ruiny, wyrzutni V-3. Więcej informacji uzyskacie na stronie www.infoturystyka.net.pl/bunkierV3. Po chwili pedałowania na ruchliwej drodze krajowej nr 3 (E65) dotarliśmy do Międzyzdrojów. Dziwne, ale fragment szlaku rowerowego prowadzi właśnie tą drogą. Ul. Niepodległości podczas naszego pobytu była remontowana; na niektórych odcinkach leży juz nowy asfalt, na niektórych nie. Na szczęście rowerem można przemknąć bokiem bez konieczności stania w korku razem z blachosmrodami. Trzeba przyznać, że środek lata i sezonu turystycznego to idealna pora na przebudowę drogi w tak atrakcyjnej (dla niektórych) miejscowości wypoczynkowej. Dotarliśmy na koniec mola, gdzie spotkaliśmy rowerzystkę ze Szwajcarii, która podróżowała po wybrzeżu z mężem. Po chwili rozmowy skąd, dokąd wymieniliśmy adresy i życzyliśmy sobie wiatru w plecy. O godz. 12:20 zmęczeni zgiełkiem i tłumem wczasowiczów uciekamy z Międzyzdrojów. Ponieważ zarówno Ela jak i ja widzieliśmy już rezerwat żubrów, nie zatrzymujemy się w tym niewątpliwie atrakcyjnym miejscu. Szerokim łukiem ominęliśmy też punkt widokowy na wzniesieniu "Grzywacz" bowiem Eli doskonale się pedałowało i nie chciała się zatrzymywać. Za Międzyzdrojami droga nr 102 prowadzi przez malowniczy las dający przyjemny chłód. Przez kilkanaście sekund wzdłuż drogi, w lesie, biegły obok nas dwie sarenki. Droga raz wspina się, raz opada, ale nie sądzę żeby miała komuś sprawić trudność.

       

     W Międzywodziu, po przejechaniu 40 km, zatrzymaliśmy się na niezbyt wyszukany obiad - dwa kebaby i duże pepsi. Przed wyjazdem czytałem, że w punktach gastronomicznych na Wybrzeżu nie ma kto pracować, bo większość potencjalnych pracowników wyjechała za granicę do lepiej płatnej pracy. Jakie było moje zdumienie, gdy sprzedawczyni w sklepie spożywczym okazała się być Ślązaczką z Bytomia, która przyjechała tu właśnie do wakacyjnej pracy. Przed Trzęsaczem czeka na turystów kawałek ścieżki pieszo-rowerowej, wprawdzie z fazowanej kostki ale zawsze. Jest to na pewno przyjemniejsza jazda niż razem z blachosmrodami. Po przejechaniu 65 km dotarliśmy do ruin kościółka w Trzęsaczu. Niestety były one remontowane i nie dało się zrobić ładnego zdjęcia. Następnie pojechaliśmy czerwonym szlakiem dobrze utwardzoną ścieżką wzdłuż, i tuż nad krawędzią klifu. Przez cały czas słychać szum fal a od czasu do czasu widać morze. Nocleg znaleźliśmy na prywatnym polu kempingowym w Trzęsaczu. Po chwili wahania wybraliśmy przyczepę kempingową za 40 PLN/dobę. Okazała się na tyle obszerna, że pomieściła nasze rowerki, bagaże i zostało jeszcze miejsce na wygodne spanie. Po zakwaterowaniu się udaliśmy się spacerkiem, plażą do Trzęsacza celem uwiecznienia ruin kościółka od strony plaży. Nie jest to daleko, jakieś 2 km. Po powrocie wypiliśmy po jednym czerwonym Bosmanie pod baaardzo duży i dobry szaszłyk. Zasnęliśmy koło 21:40 - wcześnie ale w kolejnym dniu planowaliśmy wstać wcześnie.

Dzień czwarty (2 VIII, środa)  Plik z zapisem trasy dla odbiornika GPS  Profil trasy Dodatkowa statystyka - czas jazdy a czas odpoczynków
Rewal-Pogorzelica-Trzebiatów-Bieczyno-Kołobrzeg

     Rano padał deszczyk ale jak zwykle koło 9 przestał i mogłem pójść kupić coś na śniadanie. Zjedliśmy ryż z jogurtem, herbatkę i kawkę. W tylnym kole znów stwierdziłem flaka. W końcu znalazłem przyczynę - stara opaska na obręczy, spod której wychodził metalowy kawałek obręczy kaleczący dętkę. Zakleiłem taśmą izolacyjną co trzeba i od tej chwili nie miałem już problemu z tylnym kołem. Spokojną drogą, wzdłuż szlaku czerwonego, pojechaliśmy na wschód. Nie zatrzymywaliśmy się przy latarni w Niechorzu, ale udało mi się zrobić jej zdjęcie. Za Pogorzelicą wybraliśmy drogę, która niewinnie wyglądała na mapie a miała stanowić skrót, wzdłuż brzegu morza, do Mrzeżyna. Niestety po dwóch kilometrach na drodze pojawił się szlaban i budka wartownicza. Okazało się, że teren za szlabanem to jednostka wojskowa i nie przejedziemy. Po krótkiej sprzeczce jak mamy jechać dalej stanęło na tym, że zawracamy do Pogorzelicy i drogą nr 102 jedziemy do Trzebiatowa. Jedynym przyjemnym akcentem na tej drodze z betonowych płyt, był fakt spotkania dwóch byłych uczniów Eli Piotrka "Dziunka" i Darka. Niniejszym ich pozdrawiamy ;-) 3 km przed Trzebiatowem natrafiliśmy na korek blachosmrodów. Z początku myślałem, że zdarzył się jakiś wypadek ale koniec końców okazało się, że to wina sygnalizacji świetlnej na skrzyżowaniu dróg nr 102 i 109 w Trzebiatowie.

   

     W mieście tym jest co zwiedzać: gotycki kościół par. Macierzyństwa NMP (1 poł. XIV w i XV w.); późnogotyckie kaplice cmentarna Św. Gertrudy, Św. Ducha (ob. prawosławna), dawny kościół Św. Jerzego, pałac (XVIII w.); pozostałości murów miejskich (koniec XIII w.), ratusz (XV w., wielokrotnie przebudowany i rozbudowany XVIII-XIX w.). Więcej informacji na temat zabytków Trzebiatowa można znaleźć oczywiście w Internecie: www.trzebiatów.pl

     Kupiliśmy produkty na obiad, niezbyt może wyszukane ale tanie: bułki, serek topiony, pomidory i papryka. Do tego zimna PEPSI i staliśmy się lepsi ;-) Podczas kiedy ja przygotowywałem kanapki, Ela zwiedziła kościół par. Macierzyństwa NMP. Podobnie jak w Krakowie, rozlega się hejnał z ratuszowej wieży. Z tego co udało mi się dowiedzieć z Internetu, to mieliśmy szczęście, bo hejnał grany jest o godz. 9, 12 i 15. My wysłuchaliśmy tego o godz. 15. Z Trzebiatowa, wzdłuż drogi nr 109, poprowadzona jest ścieżka rowerowa. Niestety, jak się tego można było spodziewać, ciągnie się tylko do miejscowości Nowelice. Tu skręciliśmy na wschód i lekko dziurawą drogą (obok kopalni gazu), która w końcu przeszła w czarną szutrówkę za Bieczynem, dojechaliśmy do Karcina. Tu napotkaliśmy przyrodniczo-historyczną trasę rowerową "Ku słońcu". Po części pokrywała się ona z naszą marszrutą. Nie zatrzymując się nigdzie dojechaliśmy spokojnie do Kołobrzegu ok. godz. 17:45. Trochę kłopotu mieliśmy ze znalezieniem kempingu ale jak zwykle sprawdziło się powiedzenie "koniec języka za przewodnika". Dzięki temu, że pojechaliśmy na około udało nam się znaleźć na ul. Ogrodowej, na której to w kilku domkach jednorodzinnych wynajmowane były/są pokoje dla letników. Jednak zignorowaliśmy je, bowiem jechaliśmy na kemping. Okazało się jednak, że nie mają żadnych wolnych domków ani przyczep, w których można by spędzić noc. Rozbicie namiotu również troszkę by kosztowało dlatego zdecydowaliśmy się wrócić na ul. Ogrodową i poszukać kwatery. Udało nam się znaleźć tani nocleg pod nr 10. Zapłaciliśmy 15 PLN/osobę za noc. Mieszkaliśmy wprawdzie w pokoiku w przybudówce ale był on czysty, schludny i nic nie można mu było zarzucić. Ubikacja, razem z prysznicem była w głównym budynku na parterze. Ciepłą wodę mieliśmy do dyspozycji więc wydaje mi się, że cena nie była wygórowana.

   

     Po przebraniu się w cywilne ciuchy ruszyliśmy na miasto. Zobaczyliśmy Basztę Prochową, Ratusz, kościół Wniebowstąpienia NMP, z zewnątrz Dom Braunscheingów, pomnik żołnierzy Polskich i Radzieckich. Spacerkiem więc i ulicą Spacerową dotarliśmy do latarni morskiej. Ela nie miała siły wchodzić. Ja się zmobilizowałem i zrobiłem przy okazji kilka zdjęć z góry i przez okienka latarni. Następnie brzegiem morza dotarliśmy do mola, na które jednak nie weszliśmy. Klucząc uliczkami wzdłuż zabudowań ośrodków wypoczynkowych wróciliśmy na naszą kwaterę. Po drodze odkryliśmy sklep "Biedronka" na ul. Okopowej. W dobrych humorach udaliśmy się na spoczynek.

Dzień piąty (3 VIII, czwartek)
Kołobrzeg

     Rano, po spakowaniu się, pojechaliśmy na dworzec. Jednak pociąg, którym chcieliśmy odjechać uciekł nam dlatego postanowiliśmy wrócić na kwaterę i spędzić ten dzień i noc w Kołobrzegu. Po ponownym zakwaterowaniu się, udaliśmy się na plażę, na której leniuchowaliśmy do popołudnia. Z małą przerwę na flądrę z frytkami i czerwonym Bosmanem. Wieczorem kupiliśmy bilety na jutrzejszy pociąg z Kołobrzegu do Łeby, z przesiadką w Lęborku.

Dzień szósty (4 VIII, piątek)  Plik z zapisem trasy dla odbiornika GPS  Profil trasy Dodatkowa statystyka - czas jazdy a czas odpoczynków
Kołobrzeg-Łeba (PKP) Łeba-Izbica-Kluki-Izbica-Łeba

     Tego dnia wstaliśmy o godz. 4:30, żeby zdążyć na pociąg jadący do Łeby. Szybko spakowaliśmy się ale śniadanie zjedliśmy powoli. 15 min. przed odjazdem pociągu dotarliśmy na stację. Mieliśmy szczęście, bo pociąg jest praktycznie pusty i mamy przedział tylko dla siebie.
     O godz. 9:16 dotarliśmy na dworzec PKP w Łebie. Godzinę później nasz namiocik stał już rozbity na polu namiotowym. Praktycznie wszystkie bagaże zostawiliśmy w namiocie. Na pobliskiej stacji benzynowej dopompowałem tylne koło w moim rowerze, Eli kupiłem kawę a sobie colę ;-) Kierowaliśmy się na południe dość ruchliwą drogą nr 214. Na szczęście sokoli wzrok Eli wypatrzył żółty szlak rowerowy Łeba - Kluki. Niestety nie jest od dobrze oznaczony choć na szczęście pokrywa się on z żółtym szlakiem pieszym, który prowadzi dokładnie w to samo miejsce i tą samą trasą. Patrząc na północ widać jednak wydmy w Słowińskim P.N. Od miejscowości Żarnowska jechaliśmy cały czas żółtym szlakiem pieszym. Droga prowadzi piaszczystą ale ubitą, leśną drogą. Od czasu do czasu są jednak odcinki z luźnym piaskiem i wtedy niestety trzeba przez chwilę poprowadzić rower. Za miejscowością Gac, droga lekko poprawia się ale już za Izbicą wraca piasek, z czasem pojawiają się oczkowane płyty betonowe. Jak skończyły się płyty to zaczęła się droga, szeroką groblą przez torfowisko. Dwa razy należało skorzystać z mostku aby pokonać lekko podmokły teren. Dobrze, że jechaliśmy dzień po opadach deszczu. Jazda tą trasą podczas długotrwałego braku opadów nie należałaby do najprzyjemniejszych. Po przejechaniu 25 km, ok. godz. 14 dotarliśmy do skansenu wsi słowińskiej w Klukach. Na pewno warto tu przyjechać - polecamy go miłośnikom sztuki i budownictwa ludowego. Dzieci też będą zadowolone - będą mogły zobaczyć jak się dawniej pracowało: jak robiło się deski, przędło na kołowrotku, maglowało, drukowało tkaniny. Można upleść powróz i zabrać go sobie na pamiątkę, wykopać kawałek torfu. To nie jest martwe muzeum ale obiekt, który żyje własnym życiem. Frajdę mają nie tylko dzieci ale i dorośli. Można kupić wypieki wg oryginalnej receptury, posmakować chleba ze smalcem i ogórkiem kiszonym - hmm... pycha ;-) Ela zwiedziła dokładnie cały skansen natomiast ja pilnowałem rowerów. Kiedy tu przyjedziemy następnym razem, to Ela będzie pilnować a ja zwiedzać ;-) Następnym punktem wycieczki, nie zaplanowanym, była platforma widokowa oraz pomost, ok. kilometra od skansenu, tuż nad brzegiem Jeziora Łebsko. Do pomostu przybijają statki płynące z Łeby - niestety nie są to regularne kursy i należy w Łebie sprawdzić godziny wycieczki. Natomiast z platformy widokowej roztacza się wspaniała panorama na jezioro i okoliczne łąki, zaś na horyzoncie ("czyli tam gdzie niebo spotyka się z ziemią") widać wydmy. Wstęp na platformę jest płaty - niestety nigdzie nie było osoby ani nawet skarbonki, do której można by było uiścić opłatę. I jeszcze jedna uwaga: do pomostu i platformy należy dojść ok. 1 km pieszo. Samochody pozostawia się na parkingu. Rowerem oczywiście można dojechać bez problemu.

       

     Jako, że Ela nie dała się przekonać na urozmaicenie trasy i powrót inną (czytaj: dłuższą) drogą, powrót odbył się tą samą trasą. Z tym wyjątkiem, że do końca - do samej Łeby - jechaliśmy za znakami żółtego szlaku pieszego. Końcówka tego dnia okazała się bardzo męcząca dla Eli - zaczął siąpić deszczyk, a szlak okazał się (miejscami tylko) piaszczystą drogą. Deszczyk nie padał na szczęście cały czas, piasek szybko się skończył i mogliśmy spokojnie wjechać do centrum Łeby. Wyciągnęliśmy trochę pieniążków z bankomatu i udaliśmy się na, jakże by inaczej, czerwonego Bosmana oraz zapiekanki. Popatrzyliśmy przez chwilkę na wzburzone w tym dniu morze i skierowaliśmy się na kemping. Tu ugotowałem ryż a Ela w tym czasie wzięła prysznic. Do ryżu dodałem nieśmiertelny jogurt; wypiliśmy herbatkę w termo-kubkach, które dostaliśmy w zeszłym roku od Janka. Bardzo dobrze trzymają ciepło i bardzo nam się przydały, i jak sądzę, przydadzą się jeszcze nie raz i nie dwa. Jako, że pogoda nie zachęcała do dalszego kręcenia pedałami postanowiliśmy wrócić do domu. Odpisałem na stacji pociągi do Trójmiasta, gdyż z Gdyni czy Gdańska łatwo się jest dostać do Krakowa. Zaśnięcie skutecznie utrudniała nam grupa młodzieży słuchająca na cały regulator "elektronicznych dźwięków", bo muzyką na pewno tego nie można było nazwać :-/

       

Dzień siódmy (5 VIII, sobota)  Plik z zapisem trasy dla odbiornika GPS
Łeba-Lębork-Gdańsk-Kraków (PKP)

      Pogoda nie rozpieściła nas. Przez całą noc padał deszcz, nad ranem również, choć z małymi przerwami. Wykorzystaliśmy chwilową przerwę w opadach i złożyliśmy mokry namiot oraz spakowaliśmy sakwy. Pod koniec pakowania deszcz znów zaczął padać. W podłych humorach udaliśmy się na stacyjkę PKP. Ela została pilnować rowerów a ja poszedłem kupić bilety. I od razu niemiłe zaskoczenie. Chyba z powodu deszczu większość wczasowiczów postanowiła udać się do Lęborka na zakupy, bo kilkadziesiąt osób stało już do dwóch okienek kasy jak przyszedłem. Niby wszystko szło dobrze - do odjazdu 40 min. - ale nie do końca. Najpierw jedna kobieta kupowała dość bilet do odległej stacji z dwoma przesiadkami, dopłatami dla dwóch dorosłych osób, trójki dzieci do 8 lat i jednego dziecka do lat 2. Dwóm panią w kasie zajęło wystawienie biletów jakieś 15 min. Żebyście słyszeli komentarze ludzi, który stali w kolejce przedemną i za mną ;-) Następnym petentem było małżeństwo, które chciało zmienić datę wyjazdu na biletach. Ta operacja zajęła paniom w kasie tylko 5 min. ;-) W końcu przyszła kolej na mnie. Jak tylko kupiłem bilety, to pociąg wtoczył się na stację. Od razu zapakowaliśmy się do ostatniego wagonu i tu miłe zaskoczenie. Trafiliśmy na przedział służbowy, w którym siedziała pani kierownik pociągu. Pozwoliła nam stawić nasze ociekające wodą rowery i poprosiła o przypilnowanie swoich papierów, bowiem musiała zająć się opóźnieniem pociągu z kolonistów. Tyle ich było, że z ich powodu nasz pociąg miał 10 min. opóźnienie. Nietęgie miny miały te dzieci, kiedy zostały powitane w Łebie przez deszcz i chłód ;-) Po chwili przyszedł drugi kierownik pociągu i powiedział, że po tych dzieciach został straszny bałagan, uszkodzili kilka siedzeń w wagonie, którym jechali. Tuż przed odjazdem pomogłem pani kierownik zanieść ciężką, metalową skrzynię do kas na stacyjce. Niestety skrzynka była pusta, a spodziewaliśmy się tam bajońskich sum w gotówce lub sztabek złota ;-) Jako, że nie tylko my chcieliśmy w Lęborku przesiąść się na pociąg do Gdyni więc pan kierownik pociągu skontaktował się z maszynistą pociągu jadącego do Trójmiasta tak, że pociąg czekał na nas na dworcu w Lęborku. Tak to dobrze ułożyli, że wjechaliśmy na ten sam peron i przerzucenie rowerów z jednego pociągu do drugiego, nawet z przypiętymi sakwami, było kwestią minuty.

     Bez przeszkód dotarliśmy do Gdańska. Okazało się, że mamy 3 godziny do odjazdu pociągu pośpiesznego do Krakowa. W związku z tym pojechaliśmy do centrum w kierunku Neptuna. Nie przypuszczaliśmy, że zastaniemy takie tłumy ludzi. Akuratnie odbywał się Jarmark św. Dominika oraz jakiś bieg. W związku z tym cały Długi Targ był zastawiony barierkami, które na szczęście zaczęli składać, bo bieg właśnie się skończył. Pokręciliśmy się trochę tu i tam: Ela weszła do kościoła NMP, jakaś turystka zrobiła nam dwa, nieudane niestety, zdjęcia na tle Neptuna, przeszliśmy pod żuraw, który jest chyba, obok Neptuna, wizytówką miasta. Wszędzie było pełno kramów z najróżniejszymi rzeczami: ręcznie robione buty, biżuteria złota, srebrna i z bursztynu oczywiście, bibeloty, odznaki wojskowe, antyczne meble lub tylko na takie wyglądające, ubrania, ręcznie malowane garnuszki, porcelana... kolorowy zawrót głowy. W antykwariacie obok żurawia, wydajemy 70 PLN na "Mity greckie" Roberta Graves'a, "Dawna Polska. Narodziny, rozkwit upadek" Marii Boguckiej i "60 lat Tour de Pologne" Bogdana Tuszyńskiego. Wracając na stację skusiliśmy się na 50 cm zapiekanki w pobliżu Targu Drzewnego. Po 10 min. oczekiwania dostaliśmy chłodne, gumowate kawałki czegoś co leżało obok prawdziwej zapiekanki. Wspólnymi siłami daliśmy radę przeciwnikowi i już bez żadnych przeszkód ulokowaliśmy się na końcu ostatniego wagonu w pociągu relacji Gdynia - Zakopane.
     Zapakować do pociągu pomógł nam miły pan, również miłośnik wycieczek rowerowych tylko, że trochę krótszych i bez sakw. Drogę do Warszawy spędziliśmy więc z bratnią duszą. Jak się okazało oprócz rowerów nasz współpasażer posiadał też zamiłowanie do kolejnictwa. W połowie drogi okazało się, że na jakiejś stacji doczepili nam trzy wagony, w związku z tym nasze rowery musiałyby stać w przejściu. Alternatywą było przeniesienie wszystkich betów i rowerów na koniec pociągu lub utrudnianie ruchu. Jako, że nie chcieliśmy ani jednego ani drugiego postanowiliśmy położyć rowery w poprzek, na półkach w przedziale. I tak rowery dojechały szczęśliwie do Krakowa. Po 10 godzinach jazdy, ok. godz. 8:40 rano byliśmy na dworcu Kraków Główny. Ostatnie 10 km do domu przejechaliśmy spokojnym tempem.

Podsumowanie

     Wzięliśmy śpiwory i namiot. Poza ostatnim noclegiem namiot się nie przydał. Z palnika gazowego korzystałem tylko dwa razy do przygotowania ryżu i zagotowania wody na herbatę. Podczas wyjazdu wydaliśmy zbyt dużo pieniędzy i wstydzimy się napisać ile.
      Jeżeli chodzi o przejechany dystans, to mogę napisać to samo co w zeszłym roku. Nie jest on tak imponujący jak nasze wydatki. W ciągu 7 dni przejechaliśmy ok. 320 km, to daje średnio 46 km na dzień. Średnia też nie była wysoka, bowiem wynosiła 10,6 km/h - niemniej jednak należy zaznaczyć, że Ela od zeszłego roku praktycznie nie siedziała na rowerze i z marszu przejechała ten dystans, tylko od czasu do czasu narzekając. Może gdyby troszkę potrenowała przed wyjazdem to i przejechany dystans byłby większy, a wydatki może mniejsze? No ale tego się już nie dowiemy. Mam nadzieję, że w najbliższe wakacje uda się przejechać wzdłuż całego wybrzeża Bałtyku. A może i dalej...

Literatura i materiały, z których korzystałem przy planowaniu, przebiegu wycieczki i pisaniu powyższej relacji:
  • [1] Pr.zbio., Słownik geograficzno-krajoznawczy Polski, PWN, Warszawa (1998)
  • [2] Glinka T., Piasecki M., Szewczyk R., Sapała M., Cuda Polski, miejsca, które musisz zobaczyć, Publicat, Pozań (?2006)
  • [3] Gmina Goleniów. Przewodnik Turystyczny i mapa www.goleniów.pl
  • [4] Pobrzeże Bałtyku, 1:200 000, wyd. Demart, Warszawa (2005)
  • [5] J.Kosacki, B.Kucharski, Pomorze Zachodnie i Środkowe, Sport i Turystyka MUZA SA, Warszawa (2001)
  • [6] źródło map:Google Orthos with real color, some areas have a resolution of 1m/pix, other areas have 15m/pix.

Strona utworzona w dniu 17.08.2006 r.

Ostatnia modyfikacja pliku: 4.08.2011, 22:33:39 CEST

Jesteś

Fatal error: Allowed memory size of 134217728 bytes exhausted (tried to allocate 12 bytes) in /home/zieluk/ftp/licznik/counter.php on line 46