| Nowości | Strona główna | KrakRower | O mnie | Plany | Galeria | Kontakt |
Opowie¶ci Pana Piotra - Widziane z roweruD³uga, trwaj±ca niemal sze¶æ miesiêcy zima nie sprzyja³a cyklistom. Tym razem gruba pokrywa ¶niegu i konsekwentnie trzymaj±cy mróz cieszy³ i darzy³ przyja¼ni± narciarzy, Przysz³a jednak "kryska na Matyska" i wiosna upomnia³a siê o swoje prawa. Z dnia na dzieñ znikn±³ ¶nieg a temperatura podskoczy³a a¿ do krótkich spodni. Rado¶æ nie trwa³a jednak d³ugo, poch³odnia³o, poszarza³o, ¶wiat powróci³ do szarej przesz³o¶ci. Rozbudzone nadzieje przygas³y. Tymczasem, jak go nazwano "najd³u¿szy weekend Europy" byt tu¿, tu¿. Piêæ wolnych dni (1-5 maja) stanowi³o czas nie do pogardzenia, "zagospodarowanie" tego urlopu sta³o siê niemal pal±cym obowi±zkiem. Dlatego te¿, pomimo niesprzyjaj±cych prognoz bladym ¶witem wysiad³em razem z Leszkiem z "jednostki" na absolutnie pusty peron w Tunelu. Zaspani, zdrêtwiali jak muchy po zimowym ¶nie, ruszyli¶my przed siebie. Przed nami piêæ dni i cel - Pilica od ¼róde³ po uj¶cie. Has³o to, wymy¶lone w Krakowie, ju¿ po paru kilometrach rozmaka w wilgotnym powietrzu i rozp³ywa siê w ka³u¿ach wody wype³niaj±cej liczne dziury. Na domiar z³ego ju¿ na pocz±tku mylimy drogê i ratuj±c siê z opresji kluczymy po polnych drogach. Na otwartej przestrzeni t±pie nas lekki deszczyk. Niebo jest ciemno-sine, jak przehartowane ¿elazo. Nastroje mamy minorowe. Jedzie siê jednak nie¼le bo... nie jest zimno. Wbrew "kapu¶niakowej" aurze jest nam ciep³o, nie przeszkadzaj± lekko wilgotne buty, mokra kierownica czy krople deszczu na powiekach. Przebijamy siê ostatecznie przez polne drogi i w Jelczy znów jedziemy po "równym" asfalcie. Na centralnym skrzy¿owaniu tej ma³ej wsi zatrzymujemy siê na chwilê. Maty daszek przed sklepem daje nam schronienie przy pierwszym ¶niadaniu. Gryz±c chleb, obserwujemy dzieñ powszedni wsi, nieco ju¿ stechnicyzowany. Bañki z mlekiem przyje¿d¿aj± wprawdzie jeszcze "owsianym napêdem" ale odbiór mleka jest ju¿ zgo³a nowoczesny. Na poboczu drogi stoi du¿y mercedes - cysterna. Kierowca i odbiorca mleka w jednej osobie zapala silnik i z boku cysterny wyci±ga w±¿, l¶ni±cy, czysty, zakoñczony plastykowym ko³nierzem. Po w³o¿eniu do bañki z g³o¶nym ssaniem mleko znika w mgnieniu oka i po g³o¶nym mla¶niêciu ukazuje siê dno. Mleczny "odkurzacz" w parê minut opró¿nia wóz pe³en baniek. Zamontowany licznik skrupulatnie notuje ka¿dy "po³kniêty" litr. Po nieca³ym kwadransie na drodze jest pusto. I cicho. My te¿ ruszamy, deszczyk nie pada i robi siê jakby ja¶niej. A tak¿e cieplej. W ¯arnowcu jest ju¿ zdecydowanie pogodnie. Zwiedzamy miejscowy gotycki ko¶ció³ i rynek o tyle ciekawy, ¿e za rynkiem ju¿ nie ma nic, tylko pola. W rynku na kamienicy du¿a tablica z napisem w z³ej kolejno¶ci u³o¿onym - kwiaty, wieñce, zio³a. No bo je¿eli zio³a, to przed - kwiaty, wieñce (je¶li by³y nieskuteczne); chyba, ¿e chodzi o kadzid³o. Dwadzie¶cia kilometrów dalej w £anach Wielkich bardzo brzydki i nieciekawy, (choæ bardzo stary - z 1255 roku) ko¶ció³. Czas i ci±gle nowi "restauratorzy" zmienili bry³ê, mo¿e i romañskiej budowli w bezkszta³tn± kubaturê "do modlitwy". W ¶rodku, ksi±dz naucza garstkê dzieci. Na nasz widok przerywa; nie chcemy przeszkadzaæ, po wymianie kilku zdañ znikamy. Tymczasem, wbrew prognozom pogoda poprawia siê z godziny na godzinê. W Szczekocinach jeste¶my ju¿ w krótkich spodniach. Robi siê wrêcz gor±co. Natomiast Pilica, niewielka jeszcze rzeczka niesie z sob± ¶lady odleg³ych burz i deszczów. Stan wody wskazuje na "doln± strefê stanów wysokich" a kolor "kawy z mlekiem" daje znaæ o têgich opadach. A my jak w oku cyklonu - nad nami b³êkit nieba, ¿adnej chmurki a¿ po horyzont. S³once pali jak w lipcu. Rado¶æ piêknego z niespodziewanego zupe³nie dnia stopniowo jednak przyæmiewa. Z kilometra na kilometr przybywa przed naszymi oczami czerni spalonych traw i ³±k. Coraz czê¶ciej m³odziutkie jeszcze zagajniki przypominaj± jesienny widok. Br±zowo-¿ó³te opalone m³odziutkie drzewka jedynie na samych czubkach b³yszcz± maleñkimi zielonymi listkami. U ich podstawy runo wypalone na czarno. Straszny widok - ¿ycie zabite ju¿ na samym pocz±tku. Dalej jest jeszcze gorzej. Jedziemy obok wypalonego lasu. Oprócz grozy martwych drzew i pogrzebowej czerni w powietrzu unosi siê md³y, dra¿ni±cy wrêcz odór spalenizny. To nie jest zapach ogniska, to trupi zapach tragedii i jak mi siê wydaje, niewyobra¿alnej g³upoty. Napotkani ludzie zawsze mówi± o przypadku, najczê¶ciej nieszczê¶liwym. Nieuwaga, niegaszony papieros. Nie zgadza nam siê to jednak z faktami. Byæ mo¿e, ¿e spalony las to efekt niedopa³ka. Ale w polach poszczególne spalone drzewka? Te czarne p³aty spalonej ziemi nie ³±cz±ce siê z sob±, czêsto rozdzielone bagienkami. Te na wpó³ spalone zagajniki, oddalone od turystycznych szlaków, czêsto w miejscach gdzie diabe³ mówi dobranoc! Gdzie nie ma nawet dróg i skrajem tak musimy pchaæ nasze rowery. Nie, to nie jest przypadek. Wêdrujemy obok Pilicy, na pewno jako pierwsi w tym roku tury¶ci a przed nami co wioska to czarna tragedia. To nie "miastowi" to robi±. Zreszt±, poza wêdkarzami to turystów tu chyba w ogóle nie ma. Jest natomiast du¿o ludzi ze ¦l±ska, którzy w poszukiwaniu czystego powietrza kupuj± dzia³ki i buduj± swe letnie domostwa. Pod knajpk± przypadkowy interlokutor (w³a¶ciciel konia, Karola) opowiada o walce miejscowego wójta z nap³ywem górniczej braci. Ci ostatni po kupnie dzia³ki buduj± bez zezwolenia. Wójt podejrzewa, ¿e ¶cieki p³yn± prosto do rzeki bo o szamba nikt siê nie troszczy. Obiecuje, ¿e "odpali" spychacz i zmiecie wszystko na równo! Pani Sêdzina postawi³a okaza³± willê ale bez... pr±du. Elektrowniê poprosi³a o zezwolenie na budowê!? Bezczelni, odmówili doprowadzenia energii. Wieczorem wyszukujemy na zakolu Pilicy równy kawa³ek taki. ¦pimy w ca³kiem otwartym namiocie w blasku pe³ni ksiê¿yca. Mimo g³êbokiej nocy ¶piew ptaków trwa nieprzerwanie. Czy to lataj±ce pierze nigdy nie ¶pi? W ¶rodku nocy przebudzi³y mnie odleg³e grzmoty. Niebo co pewien czas zaja¶nia³o o¶wietlone piorunem. Ptaki jednak ¶piewa³y nadal a burza sta³a w miejscu. Poranek wsta³ mglisto-¶wietlisty, jak gdyby nigdy nic. Z³owró¿bne prognozy nie sprawdzi³y siê, Wyruszyli¶my o poranku ubrani w krótkie spodnie i podkoszulki. Pobliska wioska Przy³êk przywita³a nas piaszczyst± drog±, która zaraz za wsi± zanik³a. Zaczêli¶my kluczyæ w¶ród kêp starych traw wyszukuj±c co suchsze miejsca. Bagnisty teren stworzy³ dla nas swoiste "Camel-Trophy". Parli¶my w kierunku, zdawa³oby siê niedalekiego, Koniecpola który mimo naszych wysi³ków jakby siê nie przybli¿a³. Przed samym miastem rozlegle bagno zmusi³o nas do budowy prowizorycznej k³adki. Cienkie patyki i jakie¶ spróchnia³e belki z trudem utrzyma³y nasz ciê¿ar. Siedem kilometrów zabra³o nam pe³ne dwie godziny. Miasto powita³o nas gwarem, ruchem i po¶piechem, spiesz±cymi siê gdzie¶ lud¼mi, krz±taj±cych siê wokó³ swych codziennych spraw. Pij±c ch³odne piwo (prawdziwie zas³u¿one) patrzy³em jak m³ody cz³owiek rozbiera stopniowo uk³ad paliwowy w starym fiacie. Wewn±trz reszta rodziny cierpliwie siedzi i czeka szczê¶liwego koñca remontu, który s±dz±c po szybko rosn±cej kupce galanterii metalowej nie nast±pi szybko. S³oñce tymczasem zaczyna grzaæ jak w ¶rodku lata. Kurz z niemytej jezdni unosi siê w powietrzu. Na chwilê warkot traktora zag³usza wszelkie odg³osy miasta. Stoj±ce dwie babcie z wnukami w wózkach tylko na moment przerywaj± dialog. Koñczymy nasze "Tyskie" i ruszamy dalej. ![]() Puste boczne trakty w kontra¶cie z rozgwarem miejskim a¿ dzwoni± cisz±, spokojem, bezludziem. Pustka jest tym wiêksza, ¿e poza ptakami nie widzimy ¿adnej zwierzyny. W ci±gu piêciu dni spotkali¶my siê z dwoma biegn±cymi samami i zaj±cem. A ko³a naszych rowerów wiod³y nas po lasach, polach i ³±kach z dala od ludzkich siedzib i ruchliwych dróg. Same te¿ rowery jecha³y cichutko w piaszczystym nieco gruncie. Pod wieczór kieruj±c siê na Pilicê trafiamy na alejê z ja³owców. Zbita masa krzewów tworzy rudo-zielon± ¶cianê. Rud±, bo od spodu spalon±. Nawet samotnemu ja³owcowi stoj±cemu na rozstajach dróg kto¶ nie darowa³. "Drzewa umieraj± stoj±c". Na szczê¶cie nie wszêdzie jest tak ¼le. Dolina Pilicy, szeroka i rozleg³a tonie w ¶wie¿ej zieleni brzóz z bia³ymi plackami kwitn±cych w³a¶nie krzewów. M³odziutka trawa odurza zapachem swej ¶wie¿o¶ci. Tylko lasy wokó³ wsi s± pe³ne ¶mieci pomimo coraz czê¶ciej widocznych kontenerów. W³a¶ciwie i w tej materii co¶ drgnê³o, bowiem teraz ¶mieci nie roznosi wiatr. Spotkaæ raczej mo¿na dobrze zawi±zane worki plastykowe oparte czêsto o pieñ, jakby czekaj±ce na MPO. Przydro¿ne rowy tradycyjnie ju¿ wype³niaj± zu¿yte opony, meble i sprzêt gospodarski. Tu nie ma zmian. Czwartego dnia dopada nas "wreszcie" zapowiadana z³a pogoda. Po ch³odnym ale jeszcze bezchmurnym poranku kuso odziani ruszamy nie przewiduj±c niczego z³ego. Tymczasem temperatura zaczêta spadaæ, zerwa³ siê wiatr, zrazu lekki, niebo pokry³y szybko poruszaj±ce siê chmury. Po nieca³ej godzinie wszelkie odzienie z sakw "wesz³o" na nas. Wiatr wzmóg³ siê do tego stopnia, ¿e jazda "naprzeciw" by³a niemo¿liwa. Powia³o mrozem. Na domiar z³ego zacz±³ padaæ deszcz. Nie by³o wyj¶cia, musieli¶my siê udaæ z wiatrem ale i tu by³ problem, wiatr nie wia³ tam, gdzie chcieli¶my jechaæ. Trzeba by³o pój¶æ na kompromis. Wybrali¶my wiatr z boku. Szarpani podmuchami parli¶my do przodu z uporem. I bez przekonania. Po upalnych dniach tak drastyczne za³amanie pogody by³o dla nas szokiem i krzycz±c± niesprawiedliwo¶ci±. Jak to - piêæ wolnych dni i taka aura! Dotarli¶my ostatecznie do Sulejowa. Ciep³y, przytulny bar, gor±ca herbata i w±tróbka spowodowa³a, ¿e odzyskali¶my chêæ do ¿ycia. Z uwagi na z³± pogodê (i prognozy) postanowili¶my zakoñczyæ, choæ z ¿alem nasz± podró¿. Ruszyli¶my w stronê Kielc licz±c, ¿e pokonamy jeszcze tego dnia 75 km. ¯ycie jednak rodzi wiêcej niespodzianek ni¿ prognozy. Pod wieczór pogoda wróci³a do normy, pociepla³o, niebo znów zrobi³o siê niebieskie. Opu¶cili¶my szosê, Cichy las przygarn±³ nas i otoczy³ ga³êziami drzew. Na le¶nej polance stan±³ nasz dom. Zachodz±ce s³oñce powiedzia³o nam: jutro znów bêdê na niebie. I rzeczywi¶cie dotrzyma³o s³owa. TEKST i zdjêcia PIOTR KOWENICKIArtyku³ pochodzi z czasopisma "Narty & Rower - Góry - Snowboard - Tenis", sierpieñ - wrzesieñ 1996, nr 4/96
|
Jesteś![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() gościem od 1.06.2000. Dziękuje. |
YouTube | ... |
Follow me on
|
Blog mojej żony - zapraszam!!! | Aktualizacja 4.01.2026 |
| Copyright © 1999-2026 - Å�ukasz ZieliÅ„ski. All Rights Reserved. |